niedziela, 24 maja 2026

Jakby wciąż listopad był...

 Po raz pierwszy  w życiu naprawdę nie mogę się pozbierać. 

Zbyt wiele złego mnie spotkało. Nie umiem (a może nie chcę?) mówić o szczegółach. Czuję, że się wypaliłam. Tak bardzo... Brak mi radości, spontaniczności, motywacji. Wszelkie emocje określiłabym jako wyblakłe - są one cieniem tego, co było. Mojej depresji nie da się już nazwać łagodną czy ukrytą. Nic mi się nie chce, a jestem wiecznie zmęczona. Uśmiech mam smutny, śmiech przytłumiony.

Nie mam już przyjaciół ani w zasadzie znajomych. Pół na pół: z winy własnej i okoliczności. Jednocześnie boję się poznawać nowych ludzi. Nienawidzę mojego byłego. Nawet nie wiem, czemu go tak nazywam. Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że to nie był prawdziwy związek.  To ten człowiek jest współodpowiedzialny za moje wypalenie. Na poprzednim blogu dosłownie rzygałam tęczą, pisząc o nim. Teraz mi zwyczajnie wstyd.

Co gorsza, nie mam pomysłu, jak się z tego wyrwać - tkwię w smutku i marazmie. To nie jest rozpacz, tylko  rezygnacja, apatia. Może macie jakieś pomysły, co mogłoby przywrócić mnie do życia? Dawniej powiedziałabym, że potrzebuję  szczerej rozmowy na początek, obecnie nie mam pojęcia, co mogłoby pomóc.. Nie chcę zawracać głowy rodzinie, ponieważ wszyscy przeżyliśmy piekło przez tę szkodliwą terapię...

Piosenka prawdę ci powie. Ta wyraża dokładnie, co czuję. Może za wyjątkiem fragmentu: "Kochać cię, czy możliwe?"

Ten dylemat mam już za sobą.